P1030531

Wspinaczka na Sycylii? Rzuć wszystko i jedź!

Nie przypuszczałbym, że jeszcze w tym samy roku, w którym wydarzyło się naprawdę sporo (wyjazd wspinaczkowy do El Chorro na początku roku, organizacja ślubu + ślub, podróż poślubna do Gruzji), uda się jeszcze zakończyć sezon wspinaczkowy tak udanym wyjazdem na skały. Wspinaczka na Sycylii to pozycja must be dla każdego, kto chciałby spróbować swoich sił na Weście.

Zaispirowali mnie znajomi, którzy polecieli na Sycylię w październiku. My zdecydowaliśmy się na listopad, kiedy to średnie temperatury oscylują w okolicach 20-22 stopni Celsjusza. Czyli na wspin jak znalazł.

Logistyka: loty, dojazd z/na lotnisko

Najlepsze połączenie w relacji cena/odległość na lotnisko, znalazłem z Berlina (Schonefeld) do Palermo Ryanarem.  Powrót co prawda nieco się skomplikował, bo lecieliśmy przez Mediolan (Bergamo), ale za cenę ok 600 zł wraz z nadawanym bagażem (15 kg) da się przeżyć.

Auto zostawiliśmy na parkingu nieopodal Schonefeld. Za 7 dni postojowych zapłaciłem 35 euro. Warto podkreślić, że szukając parkingu natknąłem się na oferty, w których transfer z parkingu na lotnisko jest w cenie parkingu, ale tylko do 4 osób. Jeśli jedzie się w 5 osób, warto sprawdzić warunki parkingu, żeby na miejscu nie było niespodzianki. Na znalezionym przeze mnie parkingu nie kasowali nic ekstra za naszą piątkę.

Parking oferował też atrakcje w postaci żywego inwentarza :)
Parking oferował też atrakcje w postaci żywego inwentarza :)

Z Palermo do San Vito Lo Capo, gdzie znajdziemy piękne sektory wspinaczkowe jest ok 100 km. Dojechać można na kilka sposobów:

  • autobus – można niby dojechać z lotniska do Trapani, a stamtąd do San Vito, ale z racji przylotu o godzinie 16:30 nie było już autobusów
  • autem – najłatwiej, ale pewnie nie najtaniej
  • prywatnym busem – Nicolo, u którego wynajmowaliśmy mieszkanie polecił nam usługi Nino, który przewiózł nas z lotniska w Palermo do San Vito za 90 euro – normalna cena to ok 100 euro, ale z racji polecenia od Nicolo otrzymaliłśmy 10% rabatu

Mieszkanie

W San Vito Lo Capo znajduje się bardzo popularny kamping El Bahira, leżący niemal pod samą skałą. W drodze z kampingu pod skałę podobno nie zdąży się nawet wypić kawy, tak jest blisko :) My jednak zdecydowaliśmy się po raz pierwszy wynająć mieszkanie poprzez serwis Airbnb. Za niecały 1000 zł mieliśmy do dyspozycji 2 pokojowe mieszkanie dla 5 osób. Po podzielieniu przez 6 nocy, wychodzi ok 33 zł za noc – całkiem przyzwoicie jak na Włochy.

Śniadanko na tarasie - super sprawa :)
Śniadanko na tarasie – super sprawa :) Od lewej: Magda, Lucy, Michał i ja.

Naszego hosta, Nicolo, mogę z czystym sumieniem polecić – gdy tylko pojawiły się drobne problemy (wyskakujące korki, niedziałająca kuchenka gazowa) od razu kontaktowała się ze mną jego córka :) i wszelkie sprawy były praktycznie od ręki rozwiązywane.

Skały

I wreszcie dochodzę do sedna, czyli do samego wspinania. Cóż mogę innego powiedzieć, jeśli nie zachwycić się pięknem pomarańczowego wapienia, jakże innego niż spotykanego na polskiej Jurze (chociaż oczywiście polska Jura jest super :)).

Prawie jak na polskiej Jurze :P
Prawie jak na polskiej Jurze :P

Ponieważ mieszkaliśmy praktycznie przy samym morzu w północnej części San Vito, najbliżej naszego lokum znajdował się sektor Cala Mancina (25 minut pieszo). Oferuje on kawał bardzo dobrze obitej skały ze zróżnicowanymi drogami, zarówno pod względem trudności jak i formacji. Szczególnie pierwszą, dość niepozornie wyglądającą część sektora, z uwagi na połóg oraz niewielką wysokość (15 metrów), polecam na pierwsze drogi rozgrzewkowe po podróży. Drogi od Salto Nel Buio (5a) do Senza Nome (4b) bardzo łagodnie wprowadzą nas we wakacyjno-wspinaczkowy klimat.

Rozgrzewkowe drogi na początku sektora Calamancina
Rozgrzewkoweadroga na początku sektora Calamancina

Tuż obok polecam świetne drogi po małych wampirkach – Attenzione (6b), Giornata Ecologica (6b, nie zrobiłem, ale wyglądała bardzo podobnie) oraz Gratticola (6b+ a według niemieckiego przewodnika nawet 6c, co byłoby moją życiówka zrobioną z gracją :).

Wszystkie powyższe drogi niestety prowadzą przez duże odstrzelone płyty, które nie napawają optymizmem, gdy się ich łapie. Pusty odgłos wyraźnie wskazuje, że kiedyś ta część skały odpadnie. Rozmawiałem na ten temat z gościem ze sklepu/baru wspinaczkowego YMCA – twierdził, że byli tam kiedyś ze znajomymi z łomami i bezskutecznie próbowali odłupać wspomniane płyty. Przez jakiś czas powinno być tam bezpiecznie.

Wbijać czy nie wbijać - oto jest pytanie...
Wbijać czy nie wbijać – oto jest pytanie…

Dobrym rozgrzewkowym miejscem może być też Cala Mancina 4, znana, z racji nazw dróg, również jako Zoo. Osoby, które chciałyby powędkować mają tam spory wybór dróg. Warto zwrócić uwagę, że w topo, którym się posługiwaliśmy brakowało kilku dróg w tym rejonie – między drogą Donati a Gianni a Marmot pojawiło sie sporo nowych spitów, także warto we wspomnianym wcześniej YMCA zaopatrzyć się w najbardziej aktualną mapkę z wykazem dróg.

Piękna pomarańczowa skała w popołudniowym świetle robiła naprawdę niesamowite wrażenie
Piękna pomarańczowa skała w popołudniowym świetle robiła naprawdę niesamowite wrażenie i zachęcała do wspinania. Niestety w listopadzie dzień kończył się już koło 18… żal było opuszczać tak wcześnie skałę.

Drugim rejonem, w którym się wspinaliśmy był Bunker. To tam za namową jednego Szwajcara, wbiłem się w drogę 6c+ „Un mondo a parte”. Oby, go piekło pochłonęło :) Obok była 6c, ale Szwajcar polecił akurat „Un mondo”. No to poszedłem… do 3. wpinki. Później zaczęły się jakieś takie oblakowate nicości, wejścia w plecy po krzyżu… podziękowałem.

6c+… po tym ruchu poległem

Zaraz obok była wyglądająca ładnie 6b „Megghiu pessi ca depressi”. Ostatnie słowo bardzo dobrze opisują batalię na tej drodze. Jedna z Polek, która była akurat obok ze swoimi znajomymi z Niemiec, powiedziała mi, że trudności są na samym końcu. Doszedłem do przedostatniej wpinki i poczułem, że mam dość, więc stwierdziłem, że sobie odpocznę. No i tak odpocząłem, że dalej już jakoś tak nie miałem ochoty iść – zawsze tak mam, jak jest flow, to idę, a jak odpadnę lub wezmę blok to już jakoś tak mocywacja do ukończenia drogi momentalnie spada. Tak też było i tym razem. Z miejsca restowego wychodziłem 3 razy, i 3 razy wracałem do ostatniego wpiętego ekspresa. To po prostu niesamowite, że nie dokończyłem drogi, bo nie czułem się na siłach (głównie psychicznych, bo wpina była w cholerę daleko i jeszcze na totalnym wysiegu), ale czułem się na siłach chodzić do góry i nad dół. Eh…

Za gorąco nawet na asekurację :P
Za gorąco nawet na asekurację :P

Niezależnie jednak od tego jaką cyfrę by się (nie)robiło, wspinanie na Sycyli jest po prostu pięknę. Ze względu na skałę, różnorodność formacji, widoki i biegające wszędzie jaszczurki. Po prostu musimy tam kiedyś jeszcze wrócić.

Dzień restowy

Początkowo mieliśmy plan, żeby na dzień restowy pojechać na Etnę. Jednak po dyskusji na temat czasu spędzonego w samochodzie (700 km w 2 strony), który na dodatek trzeba by było wynająć specjalnie na jeden dzień, stwierdziliśmy, że to się nie opłaca. Zrobilibyśmy Etnę na wariata, a następnego dnia byśmy spali pod skałą. Zdecydowaliśmy się więc spedzić dzień w nieodległym rezerwacie Zinggaro.

Dojechaliśmy do niego z pomocą gościa ze sklepu wspinaczkowego YMCA. Zapoponował on nam podwózkę do początku szlaku za 10 euro. Oprócz podwózki zaoferował też proste mapki okolicy, żebyśmy się nie pogubili.

W rezerwacie Zinggaro
Początek szlaku – widoki już od początku zachwycają

Zrobiliśmy sobie kilkugodzinną przechadzkę po szlakach. Momentami robiło się naprawdę wysokogórsko, gdy otoczeni byliśmy gołymi skałami, niczym w Tatrach.

W rezerwacie Zinggaro
Widok z trawersu. W oddali San Vito – byłoby jeszcze bardziej widoczne, gdyby nie nachodzące co chwila chmury.

Kończąc wycieczę zastaliśmy niecodzienną sytuację. Otóż miejsce, w którym szlak kończył się i przechodził w drogę zastawione było przez dwóch Włochów, którzy nie chcieli nas dalej przepuścić. Twierdzili, że kawałek dalej ekipa filmowa coś kręci. „Disney, Violetta” – odpowiedzieli na moje pytanie o tytuł filmu. Dodali jeszcze, że za 5 minut powinni dostać znak, że mogą nas przepuścić. Albo za 40 minut – w końcy byliśmy we Włoszech a tam trzeba nieco inaczej podejść do kwestii czasu – przecież lunch może się zawsze przedłużyć.

Schodzimy powoli ze szlaku, w oddali widoczna pozioma cienka biała kreska - to rząd samochodów ekipy filmowej
Schodzimy powoli ze szlaku, w oddali widoczna pozioma cienka biała kreska – to rząd samochodów ekipy filmowej

 

My jednak nie daliśmy się zwieść – po równo odliczonych 5 minutach, nie zważając na protesty osiłków z ochrony, raźno ruszyliśmy w kierunku zaparkowanych samochodów ekipy filmowej. Jak się po chwili okazało robota wręcz „paliła się” filmowcom w rękach – nic nie wskazywało na to, że cokolwiek się działo na planie. A my mieliśmy czekać jak te jelenie…

Poniżej znaleziony w sieci trailer filmu. W 10 sekundzie widać drogę, po której szliśmy (tego jeepa też mijaliśmy :))

Inne aktywności

Okolice San Vito Lo Capo obfitują w tak piękne tereny, że nie sposób nie znaleźć czegoś dla siebie. Osoby aktywne, oprócz wspinania, mogą cieszyć się jazdą na rowerze, snorklingu czy biegania po górach. Tą ostatnią czynnością zajęła się oczywiście Kasia z Magdą.

Bojka wskazuje miejsce, w którym ktoś nurkuje z fajką
Bojka wskazuje miejsce, w którym ktoś nurkuje z fajką

Okoliczne wzniesienia dostarczyły nie lada podbiegów, podczas których nawet najbardziej wytrenowani zawodnicy mogą dostać zadyszki i zesztywnienia łydek. Jednak piękne widoki rekompensują cały wysiłek włożony w podejście/podbieg.

Taaak się biega po Sycylii. W oddali cel Kasi i Magdy.
Taaak się biega na Sycylii. W oddali cel Kasi i Magdy na ten dzień.

Podsumowanie

Zgadzam się w 100% z chłopakami, którzy napisali relację ze swojego wyjazdu na climb.pl. Sycylia, a szczególnie okolice San Vito Lo Capo to po prostu (nie tylko) wspinaczkowy raj. Piękna skała, mnogość dróg i formacji. Szkoda, że listopadowe dni były takie krótkie. Nie wyobrażam sobie nie wrócić do San Vito… :)

Dodaj komentarz