DSC07261

Zwiedzanie okolic Bhandardara

Rano, po kolejnej kiepsko przespanej nocy, prawdopodobie z powodu Malarone wziętego przed snem, naszym oczom ukazał się niezwykły widok. Okna naszego nieco zagrzybionego pokoiku wychodził prosto na jezioro. Nic tak nie poprawia nastroju jak słoneczna pogoda oraz perspektywa nadciągającego dnia pełnego atrakcji.

SAM_1413_2
Gdyby nie kraty, widok byłby jeszcze ładniejszy ;-)

Po niespiesznie wykonanej porannej toalecie wygramoliliśmy się z naszej norki i poszliśmy na śniadanie, na które poprzedniego wieczoru dostaliśmy bony. Ponieważ nie mieliśmy ochoty na ostre jedzenie od rana, postanowiliśmy zamówić kanapki z omletem oraz kawę. Niestety kawa okazała się być napojem kawopodobnym, przy którym kawa rozpuszczalna to napój iście wyrafinowany. Za to kanapki były bardzo smaczne i podane ze słodkim keczupem.

Hej ho, hej ho, zwiedzać by się szło!

Po posiłku poszliśmy do recepcji zapytać o materiały dotyczące okolic oraz mapy, żebyśmy mogli rozeznać się w terenie. Dostaliśmy prostą ulotkę, która zawierała bardzo poglądową mapę z zaznaczonymi atrakcjami.

2014-10-30 13.33.33
Mapa dostępna w recepcji MTDC daje jedynie ogólne pojęcie o miejscach wartych odwiedzenia w okolicy

Zaczęliśmy zastanawiać się nad planem zwiedzania. Z ulotki jasno wynikało, że na pieszo nie damy rady – poszczególne punkty były oddalone od siebie o zbyt duże dystanse. Zapytaliśmy czy możliwe jest wypożyczenie rowerów. No bikes here – usłyszeliśmy. And motorbikes? Scooters? Kasia spojrzała na mnie i wiedziałem, że nie jest to dobry pomysł. Nigdy nie jeździliśmy na motorze sami, a po przygodach Kasi Mamy w Kambodży z nauką jazdy, wolimy tego nie powtarzać.

Koko dżambo i do przodu!

Dlatego zostało nam tylko wynajęcie auta wraz z kierowcą i objechanie wybranych przez siebie punktów. Dodatkowo zaczęliśmy dopytywać również o możliwość zorganizowania sobie treku na Kalsubai (1646 m.n.p.m), najwyższą górę regionu Maharasztra. Panowie w recepcji zaczęli sapać, że to nie takie proste, że trzeba dojechać do Baari, tam najlepiej wziąć przewodnika, który nam pokaże drogę, wejść na górę, zejść z niej i dojechać z powrotem do Bhandardara. Taki był też nasz zamiar. Ale oni znowu sapią, że daleko, że trudno, że czy na pewno chcemy iść. Twardo staliśmy przy swoim. Wobec tego dogadaliśmy się, że za cały dzień zapłacimy kierowcy 1000 rupii a dodatkowo dostanie 200 za podwózkę do Baari, gdzie postaramy się znaleźć kogoś chętnego do pójścia z nami na szczyt. Po dogadaniu szczegółów, wsiedliśmy do naszego Omni i ruszyliśmy w trasę.

Nasz dzielny busik wraz z kierowcą
Nasz dzielny busik wraz z kierowcą (oczywiście nie byłem nim ja ;))

Ledwie wyjechaliśmy z miejscowości i już znaleźliśmy się na jakiejś bramce z opłatą. Cholera wie co to było, prawdopodobnie opłata za wstęp do parku, ale na tablicy stojącej koło bramki wszystko było wypisane w hindii. Daliśmy strażnikowi 40 rupii na odczepne (chciał 40 za osobę, ale powiedzieliśmy, że nie rozumiemy hindi więc możemy zapłacić połowę tego, co chce – i tak pachniało ściemą) i ruszyliśmy dalej. Widoki z każdym pokonanym kilometrem stawały się coraz piękniejsze. Nasza trasa miała przebiegać według następujacego porządku:

  • widok na Kalsubai od strony Panjare
  • Kokankada Deep Valey
  • view point – nie wiemy dokładnie gdzie się znajdował
  • Amruteshwar Mandir – świątynia w miejscowości Ratanwadi
  • Speelway Gate – część zapory znajdująca się w pobliżu Bhandardary
  • Umbrella Falls, Garden oraz tama w Bhandardara
  • Baari – znalezienie przewodnika we wiosce

Przybliżona trasa zwiedzania (o ile jechaliśmy drogami widocznymi przez Google ;))

Nie ma to jak natura

Kierowca zatrzymywał się raz po raz, pokazując nam co ciekawsze widoki, w tym umówiony widok na Kalsubai od tyłu (od strony, którą się nie podchodzi). Powietrze nie było jakieś bardzo przejrzyste, dlatego na horyzoncie cały czas majaczyła błękitna mgiełka.

W pewnym momencie zauważyłem y w trawie coś czerwonego, co miało dużo nóg i szybko się poruszało.

SAM_1320
Skolopendra jak na dłoni (a była większa niż dłoń!)

Prawdopodobnie była to skolopendra, w Polsce nazywana przeze mnie szczypawicą. Była zdecydowanie większa niż te, które można spotkać w naszym kraju. Po pokazaniu zdjęcia kierowcy stwierdził, że nie jest jadowita. Jak się okazuje, jednak jest – jej jad nie jest co prawda śmiertelny, ale ukąszenie boli. Podchodząc do nieznanych gatunków zwierząt, pozwoliliśmy jej się spokojnie oddalić, nie wchodząc w bliższą interakcję ze stworem.

Pod koniec objazdu dookoła jeziora zajechaliśmy pod tamę, gdzie oprócz niej można podziwiać ogród oraz Umbrella Falls. Ogród prawdopodobnie był kiedyś niesamowitym miejscem. Teraz widok był nieszczególny – wszędzie pełno śmieci i krowiego łajna zostawianego przez przechadzające się swobodnie krowy. Pod tamą spotkaliśmy grupę studentów uczelni technicznej wraz ze swoim nauczycielem, którzy wykorzystali dzień wolny (lokalne wybory samorządowe) i przyjechali obejrzeć tamę.

Kasia ze studentami

Kasia ze studentami

Byli na tyle kumaci, że postanowiłem zapytać ich o charakterystyczny gest głowy, który był dla nas nie do końca zrozumiały. Okazało się, że w Indiach oznacza to potwierdzenie lub po prostu tak.

Tama Wilsona
Tama Wilsona

Niestety widok na Umbrella Fall był nieco mniej spektakularny niż wynikało ze zdjęć zamieszczonych w recepcji naszego ośrodka. W porze monsunu wodospad wygląda zdecydowanie okazalej niż mieliśmy okazję zobaczyć.

Umbrella Fall podczas monsunu
Umbrella Fall podczas monsunu
Umbrella Fall podczas naszego pobytu w Bhandardara
Umbrella Fall podczas naszego pobytu w Bhandardara

W poszukiwaniu guide’a

Ostatnim punktem naszego programu było podjechanie do wsi Baari, w której mieliśmy znaleźć kogoś, kto pokaże nam drogę na Kalsubai. Kierowca jeszcze przed samą wioską zatrzymał nasz pojazd, żeby zagadać do grupki chłopaków przechadzających się po drodze. Zaczęli żywo dyskutować. Po wyrazach ich twarzy domyśliliśmy się, że nasz pomysł wydaje się im dość zabawny. Po chwili wymiany spojrzeń między sobą, najodważniejszy (a może najmłodszy, wysłany przez resztę jako kozioł ofiarny?) z nich wsiadł do busika i pojechał z nami do wsi.

Baari
Baari

Wyjście dwóch białych i dwóch Hindusów z busika wywołało we wiosce niemałe poruszenie. Dookoła zbiegło się sporo osób. Chcieliśmy jeszcze raz, za pośrednictwem naszego kierowcy, który ni w ząb nie mówił po angielsku dowiedzieć się czy chłopak na pewno wie jak iść. Kolejnym wyzwaniem było negocjowanie ceny. Proces ten był możliwy dzięki narzędziom w jakie wyposażyła nas Matka Natura, tj pisaliśmy kamieniem po ziemi. Po serii podwyżek i obniżek, kwota ustaliła się na poziomie 650 rupii. Umówiliśmy się ponadto, że spotkamy się nazajutrz w tym samym miejscu o 7:00, ponieważ cała droga miałaby zająć nam ok 8h. Po ostatnim potwierdzeniu miejsca, czasu oraz kwoty wsiedliśmy do auta.

Juhu, udało się!

Prawie na migi, używając pojedynczych słów po angielsku – ja nie wiem jak my to robimy. Teraz jeszcze trzeba załatwić transport. Postanowiliśmy skorzystać usług naszego kierowcy. Gdy tylko dojechaliśmy do Bhandardara, zaczęliśmy mozolny proces tłumaczenia, że zależy nam na tym, żeby jutro rano zawiózł nas do Baari, a po południu po skończonym treku przyjechał nas odebrać. Zaproponowana przez nas kwota 400 rupii ewidentnie pana nie zadowoliła. Ewidentnie po dzisiejszym dniu kierowca nabrał apetyt na więcej. Skutecznie udało nam się ten apetyt poskromić, proponując ostatecznie 500 rupii. Umówiliśmy się na wyjazd dnia następnego o godzinie 6:30.

Kartka służąca do negocjacji z kierowcą
Kartka służąca jako narzędzie do negocjacji z kierowcą

Zadowoleni z siebie, poszliśmy do wsi żeby kupić zaopatrzenie na dzień następny. Postanowiliśmy też zjeść późny obiad. Naszą uwagę przyciągnął okazały budynek z zachęcającym szyldem Family Restaurent (pisownia oryginalna).

Bardzo sympatyczny sprzedawca bananów w Bhandardara. Zastanawiał nas osobliwy strój, zwłaszcza szalik noszony przy 30-stopniowym upale
Bardzo sympatyczny sprzedawca bananów w Bhandardara. Zastanawiał nas strój, zwłaszcza szalik noszony przy 30-stopniowym upale

Po doskonałej kolacji składającej się z nie pamiętam jakich potraw (a mieliśmy zapisywać ich nazwy, damn it!), powróciliśmy do ośrodka. W kantynie zapytaliśmy czy udałoby się dostać śniadanie trochę wcześniej niż zwykle. Pan z kuchni, gdy usłyszał, że idziemy na Kalsubai od razu przytaknął i powiedział, że kanapki będą gotowe na 6:15. Zadowoleni ze swojego planu, poszliśmy spać ufając, że nie wykopyrtnie się on na żadnym z etapów.

Dodaj komentarz