SAM_1356

Trekking na Kalsubai

Budziki zadzwoniły około 5:40. Poprosiłem Kasię żeby poszła pierwsza pod prysznic, a ja w tym czasie jeszcze na chwilę zamknąłem oczy. Po chwili obudził mnie nisko przelatujący ręcznik Wstawaj, Kalsubai czeka! Wygramoliłem się do łazienki a w tym czasie Kasia zagotowała wodę na herbatę. Ktoś zapukał do drzwi. Dostarczono nam misternie zapakowane śniadanie na wynos do pokoju. Cieszyliśmy się, że pierwszy punkt planu zadziałał – mamy co jeść na szlaku.

I wylądował… i cały misterny plan też…

O 6:25 staliśmy już w umówionym z kierowcą miejscu. Oczywiście nie oczekiwaliśmy, że stawi się punktualnie, fajnie by było gdyby w ogóle się stawił. Około 6:55 nastąpił wschód słońca, a kierowcy nadal nie było. Zacząłem go niego dzwonić, ale damski głos oznajmił mi w Hindi, że gość ma wyłączony telefon. Czyli kierowcy nie ma, a guide miał być o 7:00 w Baari. Świetnie, to plan leży i kwiczy…

Po kierowcy ani widu, ani słychu
A kierowcy ani widu, ani słychu

Poszliśmy do recepcji, żeby zapytać o naszego nieszczęsnego kierowcę. Od razu znalazł się ktoś, kto chętnie zastąpiłby go, ale za 1000 rupii. Ktoś inny powiedział nam, że o 8:00 odjeżdża autobus, więc możemy pójść do wsi i na niego poczekać. Tak też zrobiliśmy.  Od razu dostrzegł nas kierowca jeepa, który oferował swoje usługi za 40 rupii za osobę. Grzecznie odmówiliśmy wskazując, że idziemy na przystanek.

Uruchamiamy plan B

Kilka minut po 8 zaczęły przyjeżdżać autobusy, ale żaden z nich nie był naszym. Po chwili znów pojawił się kierowca, tym razem w załadowanym już nieco jeepie i jeszcze raz ponowił ofertę tym razem 40 za dwie osoby. Jak tak dalej pójdzie, to daleko z planu nici, jedźmy!  – powiedziałem i wskoczyliśmy do jeepa.

Podróż lekko przepełnionym jeepem nie trwała długo – ze wszystkich środków lokomocji z jakich do tej pory korzystaliśmy jeep wydawał się najlepiej radzić sobie z wertepami. Po około 15-20 minutach byliśmy w Baari.

Przewodnik samozwaniec

Ledwie wyszliśmy z pojazdu, a tuż obok stał już Hindus nieco śmiesznie owinięty szalikiem wokół głowy, jakby bolały go zęby. Jedynym słowem jakim rozumiałem w jego słowotokou było Kalsubai. Starał się nam przekazać, że może nas tam zaprowadzić. Spojrzeliśmy po sobie i stwierdziliśmy, że wokół jest za dużo ludzi żeby przeprowadzać negocjacje cenowe. Zaczęliśmy więc iść w kierunku wioski a nasz samozwańczy guide wraz z nami.

Droga prowadząca do wioski Baari
Droga prowadząca do wioski Baari

Na kolejnym napotkanym małym skrzyżowaniu skręciliśmy w prawo. Nie byłem pewny, ale poprzedniego dnia chyba nie skręcaliśmy. Z resztą, czy to ważne – pewnie i tak nasz wczorajszy przewodnik już dawno dał sobie z nami spokój. Szliśmy więc tak jak pan w szaliku pokazywał.

Przeszliśmy przez wioskę i po chwili czuliśmy się jakbyśmy znowu byli w laotańskim Nong Khiaw lub w delcie Mekongu we Wietnamie. Przed nami rozciągał się pola ryżowe poprzecinane wąskimi miedzami. Widoki były niesamowite. Bujna soczysta zieleń pól sprawiała, że miało się ochotę stać i patrzeć.

Na polach u podnóża masywu, w którym znajduje się Kalsubai (niewidoczny na zdjęciu)
Na polach u podnóża masywu, w którym znajduje się Kalsubai (niewidoczny na zdjęciu)

Byliśmy tylko we trójkę więc to był dobry moment na przedyskutowanie ceny za usługi przewodnika. Jak zwykle zaczęło się od zbyt wysokiej kwoty. Negocjacje szły nieco opornie. Szalikowiec sam nie wiedział czy jest zadowolony z zaproponowanych mu pieniędzy czy nie. W końcu przystał na naszą propozycję 650 rupii za doprowadzenie nas na szczyt i ruszyliśmy.

Przeszliśmy przez widoczny na powyższym zdjęciu strumyk i doszliśmy do końca pola, po czym skręciliśmy w prawo. Zaczęliśmy się nieco piąć do góry. Po niecałych 20 minutach wyszliśmy na wypłaszczenie i naszym oczom ukazała się mała kolorowa świątynia. W obejściu kręcił się niski filuternie uśmiechający się dziadunio, który ubrany był w pomarańczową szatę. Biała broda i długie białe wąsy mocno kontrasowały z ciemną skórą. Był to mnich opiekujący się świątynią.

Świątynia znajdująca się na szlaku na górę Kalsubai
Świątynia znajdująca się na szlaku na górę Kalsubai

Podszedł do nas i bardzo dobrą angielszczyzną zaczął z nami konwersować. Opowiedział nam również legendę związaną z górą:

Dawno, dawno temu we wiosce po drugiej stronie góry żyła dziewczyna, która była bardzo nieszczęśliwa. Powodem jej nieszczęścia było to, że miała wyjść za mężczyznę, którego nie kochała. Ponadto nie mogła znieść wizji, że po ślubie będzie musiała ciągle sprzątać. Uciekła więc z domu i wspięła się na górę, co było nielada wyczynem. Siedziała i modliła się tak długo, że w końcu sama stała się bóstwem o imieniu Kalsubai.

Akwizytorom dziękujemy

Podczas gdy tak gawędziliśmy sobie z panem pustelnikiem, nasz guide zaczął wykonywać nerwowe ruchy. Postój i rozmowa z mnichem wyraźnie go zaniepokoiły. W pewnym momencie zapytałem otwarcie mnicha czy droga na górę jest wyraźna i czy idąc na nią sami nie zgubimy się. Odpowiedział, że na pewno się nie zgubimy bo ścieżka jest szeroka, bardzo dobrze widoczna i nie ma żadnych bocznych odnóg.

DSC07327

W tym momencie szalikowiec, który w międzyczasie ściągnął sobie szalik z twarzy zaczął dość ostentacyjnie domagać się pieniędzy i pokazywać, że doporowadził nas już na miejsce, jak się umówiliśmy. Wkurzyło nas to. Zaczęliśmy go opieprzać, że nie taka była umowa, ale równie dobrze moglibyśmy mówić do drzewa – efekt byłby ten sam. Dałem mu 100 rupii na odczepne za doprowadzenie nas do świątyni i kazałem zawijać kitę. Ten zaczął sapać, więc Kasia poprosiła mnicha o pomoc w tłumaczeniu na hindi. Gość w końcu zrozumiał, że dziękujemy mu za tą wspaniałą przysługę i dalej poradzimy sobie sami. W międzyczasie do świątyni zbliżyła się grupka Hindusów więc szalikowiec zdezerterował na dobre i zajął się nowymi przybyszami. Byliśmy wolni i mogliśmy iść.

Psia eskorta

Tak jak powiedział mnich, szlaku nie sposób było zgubić lub pomylić. Droga prawie cały czas prowadziła w słońcu, które niemiłosiernie paliło. Cieszyliśmy się, że wzięliśmy spory zapas wody, bo oprócz siebie mielilśmy jeszcze do napojenia psa. Tak, psa, a raczej suczki, która od świątyni postanowiła iść z nami. Dreptała dziarsko niczym wysłana przez mnicha z przykazaniem pilnowania, aby nic złego nam się nie przytrafiło.

Psia eskorta

Żal nam nam jej było strasznie, bo jęzor ciągnał jej się prawie do ogona. W pewnym momencie, gdy zasapana położyła się w cieniu aby odpocząć, wyciągnałem z plecaka butelkę, odciąłem dno i nalałem wody jak do miski. Psinka bardzo nieufnie spoglądała na tą prowizoryczną miskę. Wypiła jej zawartość dopiero, gdy nieco się od niej odsunęliśmy.

Pies-komandos też człowiek, pić się chce
Pies też człowiek, pić się chce

Szlak zgubionych butów

Co jakiś czas mijaliśmy polowe namioty, które robiły za przydrożne bary, w których można było kupić coś do picia. Po pewnym czasie widzieliśmy coś co przypominało rozsypujące się zagrody lub opuszczone obozowiska. Kilka razy natkęnliśmy się również na stada krów kręcących się samopas po zboczu góry.

Sklepik na trasie
Sklepik na trasie

Po pewnym czasie stok zrobił się bardziej stromy i na szlaku pojawiły się metalowe schodki i drabiny. Pomyślałem, że to pewnie koniec podróży dla naszej psiej eskorty, ale ta szczwana bestia z pewnością nie raz tu była i zna sekretne przejścia możliwe do pokonania tylko czworonożnym. Im bylismy wyżej, tym widoki stawały się bardziej spektakularne.

DSC07333
Widok z drabinek, w dole po lewej przydrożny sklepik

Szlak był niestety usłany śmieciami – pustymi butelkami po wodzie, opakowaniami po czipsach i innych, niezanych mi przekąskach oraz… butami. Bardzo mnie to zastanawiało, ponieważ ilość butów była naprawdę imponująca. Skąd one się tam wszystkie wzięły? Ludzie wyskakują z kapci oszołomieni widokami? Czy biorą zapasówki na szlak, tak jak to zrobił John wchodząc z nami na Fansipana we Wietnamie? Sądzę, że gdybym zebrał je wszystkie, mógłbym spokojnie otworzyć second-hand w Baari.

Gdy weszliśmy na przedwierzchołek, zobaczyliśmy obozowisko, w którym młody Hindus serwował lassi własnego wyrobu. Daliśmy się namówić spotkanej przy namiocie Hindusce na zakup jednego kubka zimnego płynu. Był smaczny, ale pijąc go cały czas miałem przed oczami brudną szmatę, którą chłopak wycierał wcześniej mój kubek. Raz się żyje, najwyżej wieczór spędzimy w kiblu…

DSC07338
Hindus oferował również zakup kokosów do złożenia w ofierze w świątyni na szczycie góry
DSC07334
Ostatnie metry przed szczytem

Po kolejnych 10 minutach, w czasie których pokonaliśmy ostatnią drabinkę, bylilśmy na szczycie w asyście nie jednego, ale dwóch psów! Zdaje się, że przeczuwały, że mamy w plecaku coś smakowitego.

Na szczycie Kalsubai znajduje się maleńka kolorowa świątynia
Na szczycie Kalsubai znajduje się maleńka kolorowa świątynia

Będzie się działo

Po wykonaniu pamiątkowych fotek, usiedliśmy, żeby coś zjeść. Rozpakowaliśmy kanapki, które dostaliśmy rano z kuchni i zaczęliśmy dzielić je między nas i dzielne psiaki. Po posileniu się, nastąpił długo wyczekiwany przeze mnie moment. Wyciągnąłem z plecaka czarne pudełeczko, które zawierało coś szczególnego…

Odpowiedź brzmi TAK!
Odpowiedź brzmi TAK!

Będąc już narzeczeństwem :-) zrobiliśmy sobie jeszcze pamiątkowy filmik, żeby dzieci wiedziały, że ich starzy zaręczyli się z przytupem i zaczęliśmy schodzić w dół. Po 2 godzinach byliśmy już z powrotem w Baari, gdzie próbowaliśmy złapać transport powrotny do Bhandardara. Nikt nie chciał zabrać nas na stopa, więc ostatecznie wzięliśmy prywatnego busika – i tak w końcu zaoszczędziliśmy na przewodniku.

Po dojechaniu do ośrodka i odświeżeniu się skoczyliśmy do wsi na zaręczynową kolację. Miała ona miejsce w dość nietypowym jak na okoliczności miejscu.

Knajpa w sam raz na zaręczynową kolację, prawda?
Która narzeczona nie chciałaby spędzić zaręczynowej kolacji w takim lokalu?

Będzie co opowiadać dzieciom :)

Dodaj komentarz