Stres minął, możemy już tylko czekać na boarding.

Przelot do Mumbaju

Naszą 35-cio godzinną podróż z Poznania do Mumbaju rozpoczęliśmy od przejazdu pociągiem z Poznania do Warszawy. Tam udaliśmy się do znanego i cenionego przez nas baru mlecznego Bambino. Następnie wsiedliśmy w SKMkę i dojechaliśmy prosto na lotnisko Chopina.

Od początku z przygodami

Na miejscu przeżyliśmy chwile grozy. Podczas nadawania bagażu pan z obsługi stwierdził, że ma podstawy do tego, aby nie wypuścić nas z kraju. Powodem był uszkodzony paszport Kasi, a dokładnie pierwsza strona z danymi i zdjęciem. Od razu zmiękły nam nogi…

2014-10-28 20.58.57
Z powodu tego uszkodzenia istniała obawa, że wyjazd spali na panewce…

Kiedy gość powiedział, że pójdzie do przełożonego i zapyta czy można coś z tym zrobić, pojawił się cień nadziei. Te 2 minuty, podczas których konsultował naszą sprawę trwały wieczność. Gdy wrócił i zakomunikował, że wiza, na której również widnieje zdjęcie Kasi ratuje nam tyłki, poczuliśmy jak nasze serca powoli wracają do normalnego, spokojnego rytmu pracy. Teraz już tylko security check i mogliśmy relaksować się czekając na samolot do Paryża.

Stres minął, możemy już tylko czekać na boarding.
Stres minął, możemy już tylko czekać na boarding.

Nocleg na CDG w Paryżu

Lot do stolicy Francji minął spokojnie. Jeszcze przed lądowaniem zaczęliśmy zastanawiać się nad najlepszym miejscem na rozbicie obozu. Na portalu Sleeping in Airport przeczytaliśmy, że lotnisko Charles de Gaulle nie należy do najgorszych i oferuje względnie bezpieczne miejsca do przekimania. Jednak to, co zobaczyliśmy po wejściu do Terminalu 1 przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Niedaleko sekcji odbioru bagażu znaleźliśmy wielkie leżanki, na których wygodnie można było się ułożyć i przetrwać do rana. Od razu stwierdziliśmy, że lepszego miejsca nie znajdziemy, więc szybko rozwinęliśmy śpiwory, założyliśmy packi na oczy i poszliśmy spać.

Tak wybornej miejscówki do spania na lotnisku jeszcze nie mieliśmy.
Tak wybornej miejscówki do spania na lotnisku jeszcze nie mieliśmy.

Już koło 7 rano nastąpiły pierwsze przyloty, musieliśmy więc się zwijać. Kolejką pojechaliśmy do Terminalu 2, skąd następowała odprawa. Kiedy o 10:30 zaczął się boarding na lot do Mumbaju, nasze kiszki grały marsza. Nie mogliśmy się już doczekać posiłku na pokładzie.

Załoga lotu obsługiwanego przez Air France była kapitalna. Nie dość, że dostaliśmy dodatkową porcję jedzenia (zdecodywaliśmy się na indyjską wersję, żeby zacząć się przyzwyczajać do nowych smaków), to jeszcze pokazano nam sekretny pokój, w którym śpi załoga. Francuzi byli przemili, ciągle żartowali, dzięki czemu lot był na prawdę przyjemnością.

Po raz pierwszy jadłem lody w samolocie.
Po raz pierwszy jadłem lody w samolocie.

Pierwsze chwile w Mumbaju

Wylądowaliśmy w Indiach krótko przed północą. Po odebraniu bagażu udaliśmy się do punktu zamawiania tzw. pre-paid taxi, gdzie podaje się miejsce docelowe, płaci się za kurs, a następnie idzie się na parking, gdzie przydzielany jest samochód z kierowcą. Jest to dobre rozwiązanie, zwłaszcza, gdy nie znamy jeszcze cen na miejscu. Pre-paid taxi mają sztywne ceny, więc mamy pewność, że nie zostaniemy orżnięci.

Po wyjściu z lotniska uderzyła nas fala gorącego i wilgotnego powietrza. Człowiek w takich warunkach od razu zaczyna się pocić i przyklejać do wszystkiego, co tylko go dotyka. Po wejściu do taksówki, poczułem, że jest jeszcze cieplej. Na szczęście gdy tylko pojazd ruszył, powietrze zaczęło cyrkulować przez otwarte okna, dając choć nieco orzeźwienia.

Przed wylotem zarezerwowaliśmy sobie miejsce w Anjali Homestay, które było położone najbliżej lotniska, a zależało nam na tym, żeby nie tułać się po Mumbaju w nocy. Gdyby nie szczegółowe informacje na temat dojazdu do Anjali, którą otrzymałem w mailu od obsługi, moglibyśmy jeździć po całym Mumbaju bez sukcesu. Na szczęście wspólnymi siłami udało nam się zlokalizować naszą pierwszą noclegownię, która okazała się dość specyficzna.

DSC07202
Wnętrze przypominało bardziej squat niż hostel…

Od razu zaznaczam, że najczęściej śpimy w budżetowych hostelach i różne rzeczy już widzieliśmy, ale to, co na nas czekało zdecydowanie wykraczało poza standard nor, w jakich już bywaliśmy. W naszym pokoju nie było łóżek – były otomany, sienniki czy jakkolwiek to by to coś co leżało na podłodze nazwać. Na szczęście nigdzie nie zauważyliśmy żadnych małych i wielonożnych współlokatorów.

Kasia po raz pierwszy podczas tego wyjazdu ucieszyła się, że dała się namówić na zabranie śpiwora, który będzie musiała taszczyć ze sobą przez cały wyjazd.

... ale zawsze mogło być gorzej :)
… ale zawsze mogło być gorzej :)

W pokoju, który miał około 2,5 mkw było niemożliwie gorąco, więc nie zamknęliśmy drzwi na noc, żeby się nie udusić. Po szybkiej toalecie wzięliśmy pierwszą porcje Malarone (witajcie krosty o wyglądzie tarcz strzelniczych! [możliwa reakcja alegriczna skóry na lek – wg ulotki]) i poszliśmy spać. A raczej staraliśmy się zasnąć, bo upał, atmosfera hostelu i leki spowodowały, że rzucaliśmy się na posłaniach jak ryby wyrzucone przez morskie fale na brzeg.

 

Dodaj komentarz