DSC07379

Dojazd do Ganpatipule

Następnego dnia po trekingu na Kalsubai, żegnamy się powoli z Bhandardara i pięknymi widokami wokół jeziora Arthur. Robimy sobie jeszcze ostatnie spacery w okolicy, pakujemy manatki i ruszamy na dworzec, aby dotrzeć do odwiedzonego już przez nas Igatpuri a stamtąd do Mumbaju i dalej do Ganpatipule.

W Mumbaju musieliśmy znaleźć stację Dadar, z której odjeżdżał pociąg do Ratnagiri, nadmorskiej miejscowości, z której z kolei mieliśmy przemieścić się do wioski Ganpatipule. Ponieważ pociąg odjeżdzał o 23:50, mieliśmy cały dzień na niespieszne przemieszczenie się do Mumbaju.

Autobus z Bhandardara odjeżdżał do Igatpuri w południe. Na dworcu specjalnie byliśmy kilkanaście minut wcześniej, żeby mieć pewność, że nie odjedzie nam sprzed nosa. Na szumnie nazwanym „dworcu” zebrało się już kilka osób. Były to głównie matki z dziećmi, które zdaje się nie do końca były zdrowe, bo co chwila wybuchały gruźlicznymi atakami kaszlu. Modliłem się tylko, żeby to nie była ebola czy coś podobnego.

Na dworcu w Bhandardara. Dworcu? Czy raczej na scenie?
Na dworcu w Bhandardara. Dworcu? Czy raczej na scenie?

Autobus przyjechał na czas. Wpakowaliśmy się do niego i zajęliśmy ostatnie wolne miejsca. Po drodze mijaliśmy znajome krajobrazy oraz naszą górę, Kalsubai. W międzyczasie nawiązaliśmy też konwersację z jednym z pasażerów. Okazał się on nauczycielem uczącym w szkole w jednej z okolicznych wiosek. Polecił nam pojechać nieco dalej niż do Igatpuri, bo do Kasara, które jest ostanią miejscowością, do której dojeżdża kolej miejska z Mumbaju. Przystaliśmy na tą propozycję.

Pociąg z Kasara do Mumbai-Dadar jechał około godzinę. Na szczęście udało nam się znaleźć wolne miejsce siedzące. Gdy zajechalilśmy do Dadar, naszym oczom ukazał się jeden z największych tłumów jaki kiedykolwiek widzieliśmy. Wszędzie było mnóstwo ludzi pchających się w tylko sobie znanym kierunku. Od razu skierowaliśmy się do kasy, żeby zapytać o nasze leżanki. Bilety do Ratnagiri kupiliśmy już wcześniej przez internet, jednak nie mieliśmy potwierdzenia miejscówek. Dlatego chcieliśmy od razu to załatwić. W pierwszym okienku, które opatrzone było napisem reservations powiedziano nam, że tutaj niczego nie załatwimy i musimy przejść do innej części dworca. W kolejnym miejscu usłyszeliśmy, że listy pasażerów utworzone zostaną dopiero o 18. Spojrzałem na zegarek – była 16:30. Mieliśmy zatem trochę czasu, żeby coś przegryźć.

Po wyjściu z dworca zrobiło się jeszcze bardziej tłoczno. Nie wiedziałem, że jest to jeszcze w ogóle możliwe. Krzyk sprzedawców koszul (nie wiem dlaczego akurat przed dworcem ludzie mieliby kupować koszule?) w połączeniu z rykiem silników spowodował, że na ulicy zrobiło się nieznośnie. Potrzebowaliśmy się gdzieś skryć, najlepiej w miejscu, gdzie będziemy mogli coś zjeść. Szybko wypatrzyliśmy knajpkę na rogu ulicy. Po przekroczeniu jej progu zrobiło się lodowato zimno. Klimatyzacja oznaczała, że ceny będą odpowiednio wyższe. A co tam, raz się żyje.

Po uiszczeniu najwyższego rachunku jaki wystawiono nam w Indiach (650 rupii czy całe 37 zł) udaliśmy się na dworzec, żeby odebrać nasze miejscówki. Poczuliśmy się jakby ktoś nas walnął obuchem w głowę, gdy pan w kasie powiedział tylko chart not ready, come at 9 pm. Pięknie, czyli lista pasażerów nie była jeszcze gotowa.

Wyszliśmy z dworca lekko poirytowani. Uderzył nas wszechogarniający upał i gwar. O ile do upału byliśmy już przyzwyczajeni, to do przeciskania się w śród niezliczonej masy ludzi po prostu nie byliśmy w stanie się zaadaptować. Do tego niekończąca się rzeka samochodów, motorków i riksz tworzących zgiełk, przez który człowiek nie jest w stanie usłyszeć swoich myśli.  Chodniki pełne są kramów, stoisk, straganów i innych bud wciskających ci kolejną pamiątkę wyprodukowaną w sąsiednim kraju. 

Musieliśmy znaleźć jakieś miejsce, żeby się osadzić i przeczekać do 21. Osadziliśmy się w przybytku serwującym przekąski i napoje. W ciągu następnych kilkudziesięciu minut czytaliśmy książki zamawiając kolejne shake’i, masala tea oraz lassi. Od ilości przyjętego cukru prawie zasnąłem przy stoliku. Miałem dość czytania, czekania i dolewania kolejnych napojów do żołądka, który był wypełniony do granic możliwości. 

Wyszedłem na ulicę, żeby sprawdzić czy w okolicy nie ma jakiegoś hotelu, w którym moglibyśmy przekimać się te kilka godzin do odjazdu pociągu. Niczego takiego nie znalazłem. Z resztą po chwili namysłu stwierdziłem, że szukanie hotelu na godziny nie było dobrym pomysłem. Jeszcze wylądowalibyśmy w jakimś burdelu.

O 20:15 ruszyliśmy na stację. Łudziliśmy się, że indyjskie systemy kolejowe będą tak łaskawe i przydzielą nam w końcu miejsce w pociągu. Kolejne nieudane próby i kolejne chart not ready spowodowały, że należało znaleźć inne rozwiązanie. Tabliczka Raj Namabdul, Station Manager wyznaczała miejsce, do którego należało się udać w celu zadbania o swoje interesy. Nienagannie ubrany mężczyzna wychodzący z biura musiał być owym Rajem. Od razu nas zauważył i powitał miłym gestem. Nagle obok nas znalazł się jeszcze jeden człowiek, który zaczął nas ciągnąć w kierunku kas. Manager stacji polecił nam udać się z tym gościem, jednocześnie zapewniając, żebyśmy się nie martwili, że miejsce na pewno się znajdzie, bo on o to zadba. Poczuliśmy się nieco pewniej, jednak kolejny raz odbiliśmy się od chart not ready. 

Kręcący się po stacji i łypiący groźnie wzrokiem na przechodniów manager cały czas nas uspokajał. Człowiek, który poprzednio poszedł ze mną do kasy przekonywał mnie, że musimy tam pójść znowu. Nie widziałem sensu – przecież byliśmy tam zaledwie 10 minut temu. Hindusi okazali się być przemiłymi ludźmi, pomocnymi i otwartymi na innych, jednak ciągnięcie mnie za rękaw i przekonywanie, żeby po raz kolejny iść i wypytać o bilety było nużące.

O 21:50 zrezygnowany poszedłem raz jeszcze do kasy. Nie mogłem uwierzyć, gdy pan, który widział moją twarz chyba już po raz dwudziesty tego dnia zmienił w końcu płytę na chart ready i zapisał na wydrukowanym z netu bilecie nasze miejsca. Juhuuuu! Mamy miejsca sypialne do Ganpatipule! Zabraliśmy nasze graty ze stacji i przenieśliśmy się do poczekalni.

Tam przysiadł się do nas jakiś facet wyglądający jak hinduski hipis. Wyróżniał się zdecydowanie swoim wyglądem i zachowanie. Pierwszy raz w Indiach widziałem kogoś w trampkach. Facet zaczął coś mówić, trochę jakby do siebie, trochę jakby do nas. Popełniłem kardynalny błąd – zainteresowałem się tym, co mówił. Zaczął nas wypytywać o różne rzeczy, skąd jesteśmy, dokąd jedziemy itp. Gdy dowiedział się, że jedziemy do Ganpatipule, stwierdził, że to bez sensu, bo tam nic nie ma. Powinniśmy jechać do Goa, bo tam są najlepsze imprezy. Sam wyglądał jakby jego całe życie było jedną wielką niekończącą się imprezą. Przed 23 postanowiliśmy pożegnać się z naszym towarzyszem (że też my zawsze ściągamy dziwaków!), pójść na peron i sprawdzić czy nasz pociąg już stoi. No i stał, z pięknie wyeksponowaną listą pasażerów, na której widniały nasze nazwiska.

Lista pasażerów przyklejona do wagonu
Lista pasażerów przyklejona do wagonu
Nie ma nic fajniejszego, niż znalezienie swojego nazwiska na liście pasażerów indyjskiego pociągu
Nie ma nic fajniejszego, niż znalezienie swojego nazwiska na liście pasażerów indyjskiego pociągu

Ulokowaliśmy się na naszych łóżkach, dokonaliśmy małej toalety i po chwili smacznie spaliśmy okryci śpiworami. Nazajutrz mieliśmy wykąpać się w Oceanie Indyjskim.

Dodaj komentarz